KWIAT PAPROCI 27

KWIAT PAPROCI 27
Plawecki gnal przez las, nie zwazajac na nic. Tuz za nim mkneli Kuba z Jaskiem. Tez nie zwracali na nic uwagi, pilnujac jedynie, aby nie zgubic Plaweckiego. Dlatego tez zaden z nich nie dostrzegl sporego, purpurowego rozblysku, gdzies za ich plecami. Dalej pedzili bez opamietania, w kierunku, z którego dobiegl ich glos Pustóleckiej.
Plawecki wypadl na nieduza polane. Po jej d**giej stronie ujrzal Pustólecka, na kleczkach. Nie byla sama. Otaczalo ja trzech mezczyzn. Jeden bil ja po twarzy sterczacym czlonkiem, d**gi obmacywal piersi, wystajace z rozdartej koszuli. Trzeci trzymal ja za wlosy, a przy gardle szamocacej sie bezradnie Józefiny trzymal nóz o dlugim, waskim ostrzu.
Zrozpaczonemu Plaweckiemu wydalo sie, ze ostrze noza pokryte jest krwia. Bylo to oczywiscie niemozliwe, przy takich ciemnosciach i odleglosci, ale w Plaweckim wyzwolilo poklady furii. Ryknal wsciekle i runal na intruzów. Zawahali sie na chwile, ale gdy zobaczyli dwóch pólnagich olbrzymów, wypadajacych z lasu sladem Plaweckiego, nie wytrzymali. Podali tyly. Plawecki popedzil za nimi, a za nim obaj bracia.
Nie uciekali daleko. Opodal, na lesnej przesiece, stal z wlaczonym silnikiem bialy samochód. Bugatti Type 50. To o nim wlasnie wspominal Kuba, gdy jechali do wsi. Za kierownica siedzial jeszcze jeden zbir. Na widok uciekajacych kompanów, wlaczyl swiatla i zwiekszyl obroty silnika. Uciekinierzy wpadli na przesieke i zaczeli moscic sie na wyscigi w samochodzie. Nozownik przebiegl przed maska i wtedy, w swietle reflektorów, Plawecki zobaczyl chuda twarz, o ustach przecietych blizna.
Jak szybko bandyta mignal Plaweckiemu, tak szybko tez znikl. Silnik zawarczal glosniej i samochód pomknal przesieka, nim zdolali do niego dopasc. Plawecki ryknal wsciekle, Jasiek zaklal soczyscie, a Kuba cisnal za uciekajacymi ogromnym dragiem, który znalazl gdzies po drodze.
– Co to za jedni?! – sapnal Jasiek. – Widzieliscie?
– Slabo – warknal Plawecki.
– Miastowe bandziory! – syknal Kuba. – Taki samochód to tylko z Warszawy!
Plawecki oddychal z trudem. Wscieklosc mieszala sie w nim z bólem i zalem. Patrzyl z zacietymi ustami za oddalajaca sie plamka swiatla, skaczaca miedzy drzewami. Za gardlo chwycila go zadza zemsty. Wiedzial teraz dobrze, co musi zrobic. Ale to pózniej…
– Wracajmy – odetchnal. – Nic tu po nas.
Odwrócil sie i ruszyl w kierunku, gdzie zostala Pustólecka. Poszli za nim, jak zahipnotyzowani.
Na polanie Józefina doprowadzala sie do porzadku. Usilowala bez powodzenia upchnac nagie piersi za rozdarta, niemal po pas, koszula. Na jej szyi bylo widac zaschniete slady krwi. Widac tez ja bylo na piersiach i koszuli, a nawet dlon Józefiny, która trzymala sie za szyje, byla zakrwawiona. Bandyta musial ja mocno skaleczyc. Nie miala tez okularów. W szamotaninie musiala ponownie je zgubic.
Plaweckiemu pociemnialo w oczach. Najpierw Hanka i Józka, a teraz malo brakowalo, aby dolaczyla do nich Pustólecka! Tyle razem przeciez przezyli! Nie przepadal za nia, czasami wrecz nie cierpial, ale oszalalby chyba, gdyby jeszcze i jej cos sie stalo. Ponownie zalecial go delikatny odór zgnilizny i natychmiast poczul ból z tylu glowy. Nie zwrócil na to jednak uwagi, bo Józefina na jego widok rzucila mu sie na szyje. Przytulil ja odruchowo. Czul, jak drzy w jego ramionach. Musiala byc bardzo przerazona tym, co zaszlo.
– Uratowales mnie! – wychlipala, obcalowujac go. – Znowu mnie uratowales!
Nie odpowiedzial. Serce wciaz przepelnial mu ból. Nawet nie zauwazyl, ze jej zachowanie kompletnie nie pasuje do Józefiny, która znal. Ale i tak nie mialo to dla niego znaczenia. Delikatnie wyswobodzil sie z jej objec.
Od razu zauwazyla, ze cos jest nie tak.
– Co sie stalo? – spytala.
– Oni zabili Hanke… – wyszeptal, patrzac w ziemie.
Mial wrazenie, ze Pustólecka zamienila sie w slup soli.
– Co takiego?! – wykrzyknela zdumiona.
– Józke tez zabili – wtracil Jasiek.
– Józke?! Dlaczego?! – Józefina skrzywila sie lekko i dotknela glowy.
– Nie wiem – Plawecki zacisnal usta. – Ale sie dowiem.
Nie czekajac na innych, ruszyl z powrotem. Szedl lasem, pograzony w rozmyslaniach, przytloczony bólem. Dopiero, gdy z poblizu rozbrzmial grzmot, zdal sobie sprawe, ze jest sam. W swoim zamysleniu, zmylil kierunek i poszedl z zupelnie inna strone.
Zawrócil natychmiast. Ksiezyca nie bylo juz widac. Cale niebo bylo gesto zaciagniete chmurami. Bylo tak ciemno, ze szukal drogi niemal po omacku. Gdy doszedl na miejsce, cial dziewczyn juz nie bylo. Czekal na niego jedynie Jasiek. Razem ruszyli dalej, od razu w strone wioski. Nie odzywali sie do siebie ani slowem. Wkrótce z nieba lunely strugi wody. Tak jakby samo niebo plakalo razem z nimi. Dlugo oczekiwana burza w koncu nadeszla. Nie zwracajac uwagi na deszcz, szli dalej. A za ich plecami rozpetalo sie istne pieklo. To pioruny bily w Sowie Wzgórze.
*
– Cooo?! – oburzyl sie Plawecki. – Dlaczego nie moge jej zobaczyc?!
Stal przed chalupa Borowikowej. Obok niego Pustólecka. W drzwiach tkwil Kuba i z ponura mina mierzyl Plaweckiego wzrokiem.
– Odejdzcie! – warknal. – Nic tu po was! To przez takich jak wy, miastowych, one nie zyja!
– Kuba, no co ty?!
Jasiek chcial uspokoic brata, ale ten odepchnal go, az chlopak sie zatoczyl.
– Nie wtracaj sie, gówniarzu!
Pochylil sie groznie ku Plaweckiemu. Jemu zas pociemnialo w oczach ze wscieklosci. Ten wiejski osilek osmielal sie zabronic mu ujrzec po raz ostatni ukochana! Juz prawie rzucil sie na Kube, nie zwazajac nawet na jego ogromna przewage, gdy Józefina chwycila go za reke.
– Przestancie obaj! Natychmiast!
Spojrzeli ponuro na nia, a potem na siebie. Zaden nie mial zamiaru ustapic. Jasiek, zdezorientowany, patrzyl to na jednego, to na d**giego, nie wiedzac, po czyjej stronie stanac.
Plawecki ponownie podsunal sie do Kuby. Ten uniósl piesci, po czym wzial zamach i uderzyl. Plawecki uchylil sie w ostatniej chwili i potezna piesc smignela mu tuz kolo ucha. Natychmiast wykorzystal okazje i grzmotnal Kube w zebra. Olbrzym zgial sie wpól, z trudem lapiac oddech. Natychmiast sie jednak pozbieral i ponownie zaatakowal. Tym razem jednak Plawecki nie dal sie zaskoczyc. Zanurkowal pod ramieniem Kuby i grzmotnal go prostym w szczeke. Kuba polecial na sciane, po czym osunal sie na ziemie. Nie na dlugo jednak.
Kuba byl o wiele silniejszy i mial duze doswiadczenie w bójkach, zwlaszcza, jesli chodzilo o zapasy. Jednak nie mial pojecia o, podstawowych nawet, zasadach boksu. Plawecki wykorzystywal to bezlitosnie. Tym bardziej, ze w porównaniu z walka z Kusajem, to byla zabawa. Zabawa dla Plaweckiego.
Bez trudu unikal poteznych ciosów i natychmiast kontrowal. Celne ciosy ladowaly na szczece i zoladku Kuby, odbierajac oddech. Twarz starszego Wrzoska w krótkim tempie zalala sie krwia. Rozjuszylo go to niesamowicie. Jego ciosy staly sie coraz silniejsze i coraz szybsze. Plawecki unikal ich z coraz wiekszym trudem. Chybiwszy za którys z kolei razem, Kuba rabnal piescia we framuge drzwi, az huknelo i posypaly sie drzazgi. Zawyl z bólu i chwycil sie za dlon. Plawecki wykorzystal to i grzmotnal go poteznym sierpowym w szczeke. Wrzosek ponownie polecial na sciane, odbil sie i przykleknal na jedno kolano. Plawecki podsunal sie blizej, pewien, ze juz po wszystkim. Nie docenil jednak wytrzymalosci Kuby.
Gdy tylko sie zblizyl, reka starszego Wrzoska wystrzelila do przodu i chwycila Plaweckiego za gardlo. W ulamku sekundy przypomnial sobie swoja walke z Kusajem. Obecna sytuacja byla blizniaczo podobna do tamtej, tyle tylko, ze calkowicie odwrotna.
Kuba, z wyrazem triumfu na posiniaczonej twarzy, przydusil Plaweckiego do sciany, gdy raptem na progu pojawila sie Borowikowa.
– Co sie tu dzieje?! – huknela.
– Nie chce nas wpuscic! – wrzasnal Plawecki, próbujac sie uwolnic. – Nie chce mi pozwolic, abym po raz ostatni ja zobaczyl!
Borowikowa wwiercila sie oczami w starszego Wrzoska. Ten zawstydzil sie, niczym maly chlopiec. Natychmiast puscil Plaweckiego, odstapil od drzwi i opuscil podwórze. Jasiek popedzil za nim. Plawecki ruszyl do chalupy, ale tym razem to Borowikowa zastapila mu droge.
– Nie powinniscie jej ogladac, panie Lucjanie.
– Co?! – podskoczyl Plawecki. – Dlaczego?!
– Bo nie bedzie to dla was przyjemny widok – wyjasnila gospodyni. – Powinniscie pamietac ja taka, jaka byla za zycia. Jesli ja kochaliscie, zrozumiecie.
Plawecki zamilkl. Przetrawial w myslach to, co uslyszal. Choc w duchu przyznawal Borowikowej troche racji, to za nic nie chcial sie z tym pogodzic. Nie mógl sie oprzec ujrzeniu Hanki po raz ostatni. Zrozumiala to i Borowikowa.
– Poczekajcie tu chwile – nakazala i zniknela w chalupie.
Wkrótce wrócila i poprowadzila ich w glab domu. Tam otworzyla drzwi do izby, której Plawecki jeszcze nie widzial. W glebi, na stole, lezala Hanka, przerazliwie blada. Miala zamkniete oczy, a wlosy, splecione w gruby warkocz, przerzucone przez piersi. Dlonie miala zlozone razem i oplecione lancuszkiem. Z jego konca zwieszal sie szary, skromny medalik. U wezglowia staly dwie gromnice. Bijacy od nich blask, odbijajac sie w zlotych wlosach Hanki, sprawial, ze nad glowa dziewczyny unosila sie jakby aureola swiatla. A migoczace swiatlo sprawialo dodatkowo wrazenie, jakby usta dziewczyny drzaly.
Plaweckiemu na ten widok polecialy lzy z oczu. Chcial sie rzucic w strone ukochanej, ale Borowikowa zatrzasnela mu drzwi przed nosem.
– Niechajcie! – powstrzymala go stanowczo. – Ino wiecej bólu sobie napytacie.
Z trudem sie opanowal. Chcial wedrzec sie do srodka i porwac Hanke w ramiona, ten jeden, jedyny, ostatni raz. Borowikowa wyczula to bezblednie i stanela pomiedzy nim i drzwiami.
– Niechajcie – powtórzyla twardo.
Józefina delikatnie polozyla mu dlon na ramieniu.
– Chodzmy, Lucjanie – powiedziala miekko. – Wracajmy. Wracajmy do domu.
– Do domu? – powtórzyl odruchowo.
Mial wyjechac i nawet nie byc na pogrzebie? Nie miescilo mu sie to w glowie. A Borowikowa znowu bezblednie go odczytala.
– Mysle, panie Lucjanie, ze na pogrzebie tez nie powinien pan zostawac. Zbyt wiele by to pana kosztowalo.
– Ma racje – przytaknela Józefina, pomimo tego patrzac na Borowikowa z wyrazna niechecia. – Jedzmy stad, Lucjanie, jak najpredzej.
– Samochód… – wspomnial.
– Samochód jest naprawiony – poinformowala go gospodyni. – Walonek zrobil dopiero co.
– Pewnie tez uwaza, ze to wszystko nasza wina i chce sie nas stad pozbyc jak najszybciej – mruknal z gorycza.
Wahal sie jeszcze chwile. Spojrzal na Borowikowa, na zamkniete drzwi, potem na Józefine, patrzaca na niego blagalnie i w koncu ustapil. Ruszyl do wyjscia, a za nim Pustólecka.
Borowikowa dogonila ich przy wyjsciu.
– Nie zapomnijcie swoich rzeczy zabrac! – przypomniala.
Plawecki zawrócil bez slowa. Wszedl do alkierza, w którym nie tak dawno obudzila go Kryska. Teraz jej tez juz nie bylo. Z szóstki dziewczyn, które poznal nad rzeka, zostaly tylko trzy. Rozgladal sie po katach, jakby w nadziei, ze dostrzeze tam Hanke, lub któras z dziewczyn. Potem westchnal ciezko, przysiadl na lózku i ukryl twarz w dloniach. Tak zastala go Borowikowa.
Usiadla bez slowa obok niego na lózku. Siedzieli tak chwile w milczeniu, po czym Plawecki sklonil glowe na jej kolana i rozplakal sie. Glaskala go po glowie, tez placzac. Minelo sporo czasu, nim sie uspokoil. Otarl lzy z twarzy i wstal. Obserwowala go z uwaga.
– Przepraszam za swoje zachowanie – mruknal.
– Nie przepraszajcie, panie Lucjanie – odparla. – Wszystkim nam bedzie jej brakowac.
– Ich – poprawil odruchowo.
– Tak – usmiechnela sie smutno. – Wszystkim nam bedzie ich brakowac. Ale tobie najbardziej bedzie brakowac tylko tej jednej.
Nawet nie zwrócil uwagi, ze przeszla na “ty”. Nie zwrócil tez uwagi na lekki stukot za sciana. Nie umknal on natomiast uwagi Borowikowej, która z niepokojem spojrzala na Plaweckiego. Jednak on pograzony byl we wlasnych myslach.
– Ech, ciotko… – westchnal.
– Tak, wiem.
Usmiechnela sie lekko, ubawiona, ze i on zaczal ja tytulowac ciotka.
Do pokoiku zajrzala Pustólecka, a Borowikowa natychmiast sie sprezyla wewnetrznie. Obie kobiety obrzucily sie, wrogimi niemal, spojrzeniami.
– Czas na nas, Lucjanie.
– Tak.
Wzial walizke i ruszyl do wyjscia. Pustólecka ze swoja wielka torba ruszyla za nim.
Po wczorajszym skwarze nie pozostalo nawet wspomnienie. Nocna burza sprawila, ze w powietrzu panowal przyjemny chlód. Kaluze juz powysychaly,wchloniete przez spragniona wody ziemie, ale slonce przeslanialy jeszcze chmury. Oddychalo sie rzesko i bez wysilku.
Gdy wyszli na zewnatrz, czekal tam na nich Kuba z Jaskiem. Kuba patrzyl w ziemie, wiercac w niej butem i spozieral spode lba na Plaweckiego. Nie wygladal dobrze. Twarz jego ginela w olbrzymich siniakach, jedno oko otaczala obwódka tak granatowa, ze az niemal czarna. Z nosa ciekla krew, a dolna warga, równiez zakrwawiona, byla spuchnieta do potrójnej objetosci. Lucjan sprezyl sie. Nie mial juz ochoty na awantury. Jednak starszy Wrzosek tez nie mial na nie ochoty.
– Chcialem… – zajaknal sie. – Chcialem was przeprosic za swoje zachowanie. Nie wiem, co mi do lba strzelilo. Przecie to nie panska wina, ze…
– Rozumiem – przerwal mu Plawecki. – Wszyscy ja kochalismy i wszystkim nam bedzie jej brak.
Wyciagnal do Kuby reke. Ten poczatkowo wytrzeszczyl oczy, ale zaraz chwycil ja mocno i potrzasnal. Plawecki syknal z bólu. Kuba tez syknal, rozcierajac rozbita dlon.
– Przepraszam was! – zmitygowal sie Kuba. – Za mocnom scisnal.
Usciskali sie jeszcze raz. Borowikowa patrzyla na to z usmiechem, Pustólecka natomiast gdzies w bok. Jasiek wyszczerzyl radosnie zeby i uwiesil sie na nich.
– Wreszcie! – zasmial sie. – Wreszcie sie pogodziliscie. Jeszcze chwila i pochorowalbym sie chyba.
Usmiechneli sie wszyscy. Jasiek wzial bagaze i razem ruszyli do furtki. Za plotem Plawecki obejrzal sie jeszcze na chalupe. Na stojaca w progu Borowikowa, która machala do nich. Wspomnial na Hanke, lezaca bez zycia w blasku swiec. Na jej kochana twarz. Na jej blade dlonie, zwiazane skromnym lancuszkiem. Wspomnial i nagle przyszlo mu cos na mysl.
Siegnal za pazuche i wydobyl portfel. Z malej przegródki wydobyl jakis drobiazg, zawiniety w bibulke. Rozwinal go i podal Kubie srebrny medalik na dlugim lancuszku, pieknie grawerowany i wysadzany na brzegach turkusami.
– Pochowajcie to razem z nia – poprosil.
Kuba, który juz wyciagal reke, cofnal sie, jakby zobaczyl zmije.
– Co… Co to jest?! – wyjakal, blady, jak trup.
– Medalik – odparl Plawecki, zdziwiony jego reakcja. – Dostalem go kiedys od matki. Taki sam mial mój brat.
– Taki sam… – powiedzial wolno Kuba. – …taki sam medalik posiadal ten chlopaczek, którego mój tatko wyniósl z bitwy…
Plawecki zbladl i cofnal sie o krok.
– Pewien jestes?! – spytal lamiacym sie glosem.
– W piekle bym go rozpoznal! – zapewnil go Kuba.
Plawecki przelknal sline.
– Zabierz mnie do niego! – zazadal. – Zabierz mnie na jego grób!
*
Borowikowa zamknela drzwi i odetchnela z ulga. Tak malo brakowalo! Juz niemal zapomniala, jaki on potrafi byc uparty. Jeszcze chwila, a wszystko zakonczyloby sie fiaskiem. Musiala byc duzo ostrozniejsza, zwlaszcza teraz.
Przeszla przez chate do kolejnej izby i stanela przed znajdujacymi sie tam osobami.
– Musimy porozmawiac! – oznajmila.
*
Wiejski cmentarzyk nie byl duzy. Miescil zaledwie kilkadziesiat krzyzy. Groby, w wiekszosci stare, byly jednak starannie utrzymane. Od razu bylo widac, ze ktos dba nawet o te sprzed wielu lat.
W rogu cmentarzyka stal brzozowy krzyz, duzo wiekszy od innych. Grób tez byl wiekszy. Przypominal ksztaltem kurhanik. Na krzyzu wisial duzy wianek polnych kwiatów. d**gi wianek, lekko przekrzywiony, lezal u stóp krzyza.
Plaweckiemu trzesly sie rece, gdy przykleknal, aby poprawic wianek. Trzasl sie tak, odkad uslyszal prawde od Kuby. Prawde, której tak dlugo szukal. Szczatki jego brata lezaly tu, w tym grobie. Po tylu latach poszukiwan, wreszcie go odnalazl. Nawet nie ocieral lez, które lecialy mu z oczu. W tej chwili zapomnial nawet o Hance.
Gdy tak kleczal, obok niego stanal Kuba. Stal chwile w milczeniu.
– Tu wlasnie leza – odezwal sie w koncu. – Gdy juz czerwoni odeszli, tu pochowano ich szczatki. Chlopi ze wsi i ranni, spaleni w stodole. Mój tatko i wasz brat.
– Co on tu robil?! – szepnal Plawecki. – Gdy go szukalem, gdy odkrylem w koncu, do jakiej jednostki trafil, powiedziano mi, ze zostal odeslany na tyly, w bezpieczne miejsce.
– Slyszalem ja, jak oficyjery z tego sztabu rozmawiali – mruknal Kuba. – Takich mlodzików, gdy na jaw wychodzil ich prawdziwy wiek, faktycznie na tyly odsylano. Tak i tu byc moglo. Widac uznano, ze na ten bród Ruscy nie rusza i nic sie tam nie stanie.
– Kalkulacje, przypuszczenia! – warknal Plawecki. – Wszystko to okazalo sie gówno warte!
– Mógl zreszta uciec – Kuba zerknal na Plaweckiego. – Jesli byl do was podobny, to nie wytrzymal i uciekl przy pierwszej okazji, zeby walczyc.
Plawecki usmiechnal sie blado.
– Tak, to do niego podobne. Wcale bym sie nie zdziwil, gdyby tak wlasnie bylo.
Spojrzal jeszcze raz na grób.
– Po tylu latach w koncu go odnalazlem – westchnal. – Tylko po to, aby go ostatecznie utracic.
Kuba podszedl do niego i zajrzal mu w oczy.
– Straciliscie jednego brata, ale zyskaliscie d**giego – rzekl powaznie. – Jesli tylko chcecie.
Wyciagnal do Plaweckiego reke. Obserwujacemu to Jaskowi opadla szczeka. Pustólecka, która nie cierpiala cmentarzy, zostala przy furtce. Teraz na prózno starala sie odgadnac, co zaszlo.
– Co pan na to? – spytal Kuba.
– Dajze spokój z tym “panem”! – wzruszyl sie Plawecki. – Przeciez wiesz, jak mi na imie.
Padli sobie w ramiona. Jasiek wrzasnal z uciechy i skoczyl do nich, obejmujac ich ramionami.
– Nie zapominajcie o mnie! – zasmial sie radosnie. – A ja to co?
– Tak – usmiechnal sie Plawecki. – W ten oto sposób w miejsce jednego, dwóch braci zyskalem.
Objeli sie i ruszyli ku furtce. Pustólecka nadal gapila sie na nich, nic nie rozumiejac. Pocierala przy tym uporczywie skron. Plawecki uswiadomil sobie, ze od chwili powrotu zachowywala sie inaczej, niz zwykle.
Zniknela gdzies jej zwykla arogancja, duma i zlosliwosc. Stala sie miekka i delikatna. Ale tylko wobec niego. Wobec Borowikowej na przyklad, zapalala niezrozumiala niechecia i byla to niechec odwzajemniona. Na braci Wrzosków natomiast gapila sie ustawicznie, jakby widziala ich po raz pierwszy w zyciu. I nie tylko na nich. Bardzo czesto sie zamyslala i stawala sie wtedy glucha na wszystko. Równie czesto pocierala skron i czolo, jakby nieustannie bolala ja glowa. Byc moze to byl efekt powrotu? On sam tez czul jakas dziwna luke w pamieci. Powtarzalo sie to za kazdym razem, gdy od Józefiny zatracalo zgnilizna. Ale gdy tylko zaczynal sie nad tym blizej zastanawiac, w tyle glowy natychmiast odzywal sie silny ból, skutecznie zniechecajacy go do wszelkiego umyslowego wysilku.
Teraz, gdy szli pod kuznie, po samochód, rozgladala sie na wszystkie strony, jak gdyby nigdy w zyciu tu nie byla. Wygladalo, ze dziwila sie wszystkiemu. Chatom, wozom, zwierzetom domowym, róznym sprzetom. Jakby wszystko to bylo dla niej absolutna nowoscia. Zauwazyl to juz wczesniej, zanim przyszli do Borowikowej, ale nie zwrócil na to uwagi. Wtedy jego mysli zaprzatalo co innego.
Spochmurnial i zacisnal usta. Prócz straty Hanki, bolalo go jeszcze co innego. Niemal z kazdej mijanej chaty, dochodzily placze i jeki. Tragedia na wzgórzu przybrala niewyobrazalne rozmiary. Gdyby tylko mógl w jakis sposób pomóc tym ludziom. Gdyby tylko mial Korzen! Wtedy wszystko byloby prostsze i latwiejsze. Niestety! Z tego wszystkiego, w calym tym szoku, wywolanym powrotem, tragedia na wzgórzu i smiercia Hanki, kompletnie o nim zapomnial. A potem zgubil go, sam nawet nie wiedzac, kiedy i gdzie, jak ostatni idiota. A tak bardzo by sie teraz przydal.
Spokoju nie dawala mu jeszcze jedna rzecz. Poprzednio, przepelniony bólem, nie byl w stanie myslec logicznie. Teraz, gdy emocje troche opadly, analizowal wydarzenia pod wzgórzem i zauwazal coraz to wiecej niepasujacych elementów. Ale najbardziej zastanawialo go cos jeszcze innego.
Dlaczego obcy zabili Hanke i Józke, a próbowali zgwalcic Józefine? Jesli chodzilo im o gwalt, to mogli od razu zgwalcic pierwsze dwie dziewczyny. Byly wystarczajaco piekne. Jesli zas chcieli tylko zabijac, czemu wiec nie zabili Pustóleckiej? Bylo w tym wszystkim cos, czego nie rozumial. Nasuwal mu sie tylko jeden logiczny wniosek – Hanke i Józke zabil zupelnie ktos inny. Tylko kto?!
Szedl tak za innymi, nie zwracajac na nic uwagi, zatopiony w swoich myslach. Otrzasnal sie dopiero, gdy staneli przed kuznia.
*
– To tutaj?
Tlusty mezczyzna w granatowym mundurze zdjal czapke i wielka, kraciasta chustka zaczal ocierac pot z lysiny.
– Tak, panie przodowniku! – potwierdzil usluznie Kwekacz. – To wlasnie ta wies!
– Starszy przodowniku! – warknal grubas.
– Oczywiscie! – Kwekacz usmiechnal sie przymilnie. – Panie starszy przodowniku.
– Szkoda czasu! – zapiszczal dziedzic Rajfurski. – Miejmy to juz za soba.
Tracil konia strzemionami i ruszyl, a Kwekacz za nim, jak cien. Tlusty przodownik zalozyl czapke i poszedl w ich slady. Za nimi, gesiego, ruszylo klusem dziewieciu policjantów, kazdy z karabinem przerzuconym przez plecy.
A z tylu, w pelnej szacunku odleglosci, pociagnela grupka chlopów z folwarku. Przybycie policji obudzilo w nich zrozumiala ciekawosc i teraz koniecznie chcieli zobaczyc zakonczenie calej awantury.
*
Samochód stal w tym samym miejscu, w którym go zostawili. Jasiek wlozyl ich bagaze do srodka, a Plawecki z Kuba natychmiast obejrzeli blotnik. Byl wyklepany calkiem przyzwoicie, zwazywszy na to, ze kowal nie byl w stanie go zdemontowac. Gdyby nie zdarta farba, nawet nie rzucalby sie w oczy.
Plawecki cmoknal zadowolony i wyprostowal sie. Nawet nie zwrócil uwagi na Józefine, która ze zdziwieniem z oczach ogladala samochód, obchodzac go ostroznie dookola. Kuba podszedl do furtki.
– Ej, Dionizy! – zawolal. – Jestescie to?!
Odpowiedziala mu cisza. Kuba ponowil zawolanie. Cos stuknelo w kuzni i dolecial ich warkliwy glos:
– Ide przecie! Czego sie, Wrzosek, drzesz?!
Na dzwiek tego glosu Plawecki zdebial. A jeszcze bardziej zdumial sie, gdy kowal Walonek wyszedl na zewnatrz. Wpatrywal sie w niego zdumiony przez dluzsza chwile. Dopiero, gdy kowal podszedl do furtki, ocknal sie, a na jego twarzy pojawila sie wscieklosc. Rzucil sie do samochodu, potracajac Józefine. Szukal tam czegos przez chwile, po czym odwrócil sie ku, rozmawiajacym z kowalem, przyjaciolom. W jego dloni tkwil pistolet.
Byl to niemiecki Mauser C96, ale nie taki jak tradycyjne. Kalibru 9 mm, mial wymienny, dwudziestostonabojowy magazynek i przelacznik na ogien ciagly. Najnowsze cudenko, prosto z fabryki. Byl to calkowity prototyp, bardzo zreszta udany, który do seryjnej produkcji mial wejsc dopiero za kilka lat, pod robocza nazwa “Schnellfeuer”, tyle tylko, ze z mniejszym kalibrem. Byl niedostepny dla zwyklych smiertelników, jednak ojciec Plaweckiego pozostawil synowi w spadku duzo znajomosci, nie tylko u Packarda.
Taki wlasnie pistolet trzymal Plawecki w rece. I teraz, ku zdumieniu wszystkich, doskoczyl do kowala i przystawil mu lufe do glowy.
– Mów draniu! – warknal, a w oczach jego lsnilo szalenstwo. – To ty zabiles Hanke?!
Obecni oniemieli, a Walonek, ponury chlop o dlugich, czarnych wlosach i takiej brodzie, zauwazalnie i chorobliwie pobladl.
– Co wy, panie?! – wybelkotal. – Ja nikogo… Nie…
– Co ty robisz?! – szarpnela go za ramie Józefina.
– Oszalales, Lucjanie?! – poparl ja Kuba. – Przeciez wiesz, kto ja zabil!
– Tak? To dlaczego i jej nie zabili?! – Plawecki wskazal oczami na Pustólecka, wciaz trzymajac bron przy glowie kowala.
– Bo mnie chcieli zgwalcic… – próbowala tlumaczyc Józefina, ale Plawecki jej przerwal.
– Skoro wiec chcieli tylko gwalcic, to dlaczego nie zgwalcili dziewczyn, które napotkali przeciez duzo wczesniej?! – Plawecki wyluszczal swoja mysl. – To sie nie trzyma kupy! Musial tam byc ktos inny, oprócz tych typów.
Wpil wzrok w kowala, teraz trzesacego sie, jak osika.
– A jego pamietam ze wzgórza. I pamietam dobrze, z jaka nienawiscia na Hanke tam patrzyl.
Zamilkli i zaczeli przetrawiac jego slowa. Kuba polozyl mu reke na ramieniu.
– Moze i masz racje – powiedzial. – Moze i byl tam ktos jeszcze. Ale on tego na pewno nie zrobil.
– Dlaczego niby? – rzucil Plawecki, nie odrywajac wzroku od kowala.
– Bo on jest jednym z nas – powiedzial twardo Kuba. – Tu, ze wsi. Wiemy to dobrze, ze Hanki on nie cierpial, odkad mu kiedys w jajca kopa dala, ale predzej sam by sie za nia dal zabic, niz ja zabil. Tak tutaj jest i kazdy z nas by tak zrobil.
Walonek na te slowa pokiwal tylko glowa skwapliwie. Po jego twarzy splywaly grube krople potu. Plawecki wahal sie jeszcze chwile, po czym opuscil bron. Pozostali odetchneli z ulga. Jasiek podszedl do kowala i poklepal go pocieszajaco po ramieniu. Ten niechetnie odtracil jego reke, lypiac przy tym ponuro na Plaweckiego. Byl to najlepszy znak, ze kowal doszedl juz do siebie.
Plawecki schowal pistolet i wyjal gruby portfel, na którego widok kowalowi zaswiecily sie oczy.
– Ile wam sie nalezy za robote? – rzucil sucho Plawecki.
– Eee.. – Walonek oblizal spierzchniete usta. – To by bylo.. eee… jakies… yyy…
– Wiecie co? – zniecierpliwil sie Plawecki. – Nie bedziemy o interesach na drodze gadac. Chodzmy do domu!
Ruszyl pierwszy w kierunku, stojacej przy kuzni, nieduzej chaty. Kowal automatycznie ruszyl za nim. Reszta tez chciala isc, ale Plawecki powstrzymal ich gestem.
– Zostancie. Interes tylko nas dwóch dotyczy – powiedzial, a widzac ich zaniepokojone spojrzenia dodal – Nic mu nie zrobie, slowo.
Zatrzymali sie, jednak mina Plaweckiego wcale ich nie uspokoila.
*
-Teraz uregulujemy naleznosc – powiedzial Plawecki, sciagajac rekawiczki.
– Oczywista – odparl Walonek.
Teraz, wewnatrz chaty, z dala od innych oczu, wyraznie nabral animuszu.
– Nalezy sie…
– Ale zanim ci zaplace… – przerwal mu Plawecki – …dostaniesz jeszcze specjalna premie.
– Premie? – ucieszyl sie kowal. – Dziekuje panu!
– Nie ma za co – usmiechnal sie zimno Plawecki. – A oto twoja premia.
Nagly cios rzucil Walonka o sciane. Kowal odbil sie od sciany jak pilka i polecial z powrotem na Plaweckiego. Ten przyjal go ciosem w zoladek. Walonek zgial sie w pól, próbujac zlapac oddech, ale potezny podbródkowy poslal kowala na stól. Stól rozlecial sie w drzazgi pod ciezarem padajacego ciala. Plawecki, zaznaczywszy swoja przewage, stanal nad Walonkiem.
– Wstawaj, scierwo!
Walonek wygrzebywal sie niemrawo sposród resztek stolu. Wcale mu sie nie spieszylo. Zdecydowanie wolal na razie pozostac na bezpiecznej podlodze.
– Co wy, panie?! – wyjeczal. – Za co?!
– Za Wzgórze! – syknal Plawecki. – Za twojego kutasa w moich ustach!
Walonek otworzyl szeroko oczy. Dopiero teraz poznal Plaweckiego. Zabulgotal cos niezrozumiale i poczerwienial jak burak.
– Ale… – wyjakal. – Przecie… Wiecie… Bo ja…
– A teraz wybieraj! – warknal Plawecki. – Wypinasz sie, czy klekasz?
– Ze co?! – zdziwil sie kowal, zbierajac sie z podlogi. – Wypinam sie, czy…?
– A wiec wybrales! – syknal msciwie Plawecki.
Walonek zbladl.
*

Bir cevap yazın

E-posta hesabınız yayımlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir